Śniła mi się łąka

Śpimy, by wypocząć. Śpimy, by wyzdrowieć. Śpimy, by zapomnieć. Śpimy, by nie żyć. Śpimy, śpimy, śpimy… całkiem sporo.

Śniła mi się łąka to tytuł jednej z czołowych piosenek zespołu o kontrowersyjnie-głupio brzmiącej nazwie Lubię to!, którą to melodyjkę nawet „lubię”, mimo całego zawartego w niej słodko-rzygu – ale nie o tym będziemy mówić. Natomiast tematem dzisiejszej lekcji będzie (uwaga, fanfary) Sen

Lubię spać, nie ja jedna, Ty też lubisz. Właściwie kto nie lubi? Dzieci? Jakbym wciąż co wieczór musiała kłaść się do nudnego pustego łóżka i starała się mocno zaciskać powieki bez poczucia zmęczenia, próbując zasnąć w przekonaniu, że omija mnie cała zabawa (bo to przecież czas dorosłych, a oni zawsze mieli lepsze życie niż my-dzieci) – też bym nie lubiła. Kiedy dzieci przestają nimi być, ten stan mija. Może bezpowrotnie. Nocne marki się nie liczą. Może nie kładą się wyjątkowo wcześnie, ale zwykle później najchętniej przesypialiby całe dnie czekając, aż się ściemni. Jest różnica między niechęcią do spania a byciem wampirem. Są jeszcze duszyczki, które nie śpią, bo szkoda im na to życia. Terefere, brednie. Morfeusz i tak was dopadnie, Miśki (to ponoć teraz modne tak mówić do wszystkich – skraca dystans). Niektórym śnią się koszmary… to siła wyższa. I niezwiązana z tematem. Dzisiaj mówimy o dobrych snach.

Dygresja. Właściwie to jak nazywają się dobre sny? Zło zawsze ma jakieś swoje dookreślenie. To, o czym warto mówić, już niekoniecznie. Złe sny ­– koszmary, dobre  – …? Może to ja jestem niedokształcona, a może fanatycy językowi są po złej stronie mocy i zwracają szczególną uwagę na mnogość synonimów tylko w zakresie jednej dziedziny.

Lubię śnić. I wcale nie dlatego, że tak często śni mi się koń na białym księciu z willą na bezludnej wyspie w wizji mojego przyszłego życia (choć to pewnie dodaje snom jakieś plus sto do doskonałości), ale z racji… wszystkiego – barwności, kreatywności, dziwności, niemożliwości, zagadkowości, zabawności, pokrętności, wyjątkowości snów. I mojości. To lubię najbardziej. To zdecydowanie najciekawszy sposób na przeżycie przygody; szybszy niż książka, intymniejszy niż film, tańszy niż samolot, zdrowszy niż dragi i bardziej realistyczny niż dokument wojenny mimo charakteru totalnego s-fi i fabuły z dupy wziętej. Tak sobie myślę, że raj (bądź jakiekolwiek inne szczęśliwe egzystowanie po śmierci ‘dobrych dusz’), jest ciągłym śnieniem życia lepszego niż to, które się miało, i to, o którym było się w stanie marzyć.

Chyba dlatego lubię śnić. No. 

Opublikowano Codzienność | 3 komentarzy